“Wszystkie części mile widziane” to najważniejsza i pierwsza intencja terapii IFS. Łączenie, przyjmowanie, akceptowanie tego, co jest, zamiast wykluczenia, piętnowania i negowania.
Nie byłoby terapii IFS, gdyby nie Richard Schwartz – urodzony w 1949 roku amerykański psychoterapeuta rodzinny. W czasie swojej wieloletniej praktyki psychoterapeutycznej zauważył, że niektórzy z jego pacjentów posługiwali się językiem części.
“Jakaś część mnie chciałaby tu być, a inna część mnie miałaby chęć wyjść”.
Jednocześnie, gdy Schwartz skupiał się na intencji każdej z nich okazywało się, że są one dobre i wspierające. Część, która chciała opuścić gabinet miała wewnętrzne przekonanie, że tak będzie najlepiej i najbezpieczniej. Z kolei część, która chciała zostać czuła, że rozmowa może przynieść ulgę dla całego wewnętrznego systemu klienta / pacjenta. Stąd powiedzenie “no bad parts” tłumaczone na język polski “wszystkie części mile widziane”.
Nie zawsze jest to łatwe, ponieważ nasze części, choć nosząc w sobie dobre intencje, wybierają niekiedy destrukcyjne strategie. Nadal jednak warto wsłuchać się w ich dynamikę, zależności, mechanizmy, wiek i czas pochodzenia, a następnie zaprosić do współpracy, pod warunkiem, że naprawdę poczują się bezpiecznie. A bezpieczeństwo dla naszych części wypływa z naszego “JA”.
Ale po kolei…
Richard Schwartz nawiązując do systemu rodzinnego, w którym mamy różnych członków i ich wzajemne zależności opisał System Wewnętrznej Rodziny – Internal Family Systems. W naszej wewnętrznej rodzinie, tak jak i tej zewnętrznej, różne części / osoby różnie się zachowują i reagują na siebie nawzajem.
I tak mamy dwa główne klany: Strażników i Wygnańców, przy czym Strażnicy dzielą się na dwie grupy: Menedżerów i Strażaków.
W naszym wewnętrznym Systemie jest również obecne nasze “JA”, które stanowi najgłębszą esencję naszego jestestwa. To, co je charakteryzuje to moc uzdrawiania systemu i części, poprzez takie jakości jak ciekawość, spokój, współczucie, jasność, odwaga, kreatywność, poczucie pewności / osadzenia i połączenia. Zdarza się jednak, że jesteśmy tak zdominowani przez nasze części, że tracimy dostęp do naszego “JA”. Nie oznacza to, że “JA” znika, a jedynie, że nasze części są tak głęboko przekonane, że muszą działać, że trudno im oddać kontrolę. Dzieje się tak, gdy na naszej życiowej drodze zdarzą się trudne wydarzenia, emocje, traumy i samotność w ich przeżywaniu.
Dlatego do głównych celów terapii IFS należy:
- uwolnienie części z przekonania, że muszą działać w sposób ekstremalny, np. być zawsze perfekcyjnym, nie wychodzić przed szereg, zajadać stres, odcinać się poprzez korzystanie z używek, itp.
- wprowadzić świadomość i zaufanie do naturalnego przywództwa “JA”
- osiągnąć równowagę, harmonię i poczucie spełnienia i pełni
- dzielić się energią “JA” na zewnątrz.
Jak to się odbywa?
Nasze części manifestują się na różne sposoby – poprzez nasze myśli, zachowania, ale też sygnały płynące z ciała. Różnego rodzaju objawy somatyczne, jeśli tylko zostały wykluczone jako chorobowe, mogą być sygnałami pochodzącymi z naszych części. Dlatego w czasie sesji terapeutycznej zaprasza się do zamknięcia oczu, by móc poczuć swoje ciało. Zeskanować je, zauważyć napięcia i bolesności. Sprawdzić jakie uczucia i myśli temu towarzyszą. To ważne, by podkreślić, że jest to zaproszenie, a nie wymóg. Nie jest to też praca hipnotyczna, a jedynie zatrzymanie się przy sobie i usłyszenie swojego wnętrza. Może się bowiem okazać, że część, która czuje napięcie w karku doświadcza ogromnego przeciążenia obowiązkami, a w tym samym czasie inna część bierze na siebie kolejne obowiązki z lęku przed odrzuceniem, byciem niewystarczającą, czy zawstydzeniem.
Dynamika i zależności, które się wydarzają są dialogiem lub konfliktem pomiędzy poszczególnymi częściami. Tak, jakby każda z nich miała inny sposób na to, by nas ochronić, zabezpieczyć lub pomóc osiągnąć cel. To, co najbardziej odróżnia części od naszego “JA” jest przymus wykonywania zadania – pracy na naszą rzecz. “JA” jest po prostu obecne, towarzyszące. Warto tu podkreślić, że nasze części zasługują na uznanie, docenienie i podziękowanie im za wszystko, co dla nas robią. To zbliża do nich i sprawia, że czują się bezpiecznie.
Jak działają poszczególne części?
Nasze części ochronne – Strażnicy mają za zadanie sprawienie, byśmy nie doświadczali bólu i cierpienia innych części – Wygnańców.
Wygnańcy to takie części, które zostały odrzucone, straumatyzowane i noszą w sobie głębokie zranienia, wspomnienia pełne strachu, bólu i wstydu. Często są to dziecięce części i właśnie z tej dziecięcej perspektywy postrzegają rzeczywistość. Są wrażliwe, zależne, zagniewane, ale też spontaniczne, otwarte i niewinne.
“Nie zapomnij o mnie” wołają w różnych okolicznościach, np. w sytuacjach stresowych. Ktoś, kto nosi w sobie Wygnańca pełnego wstydu, z doświadczeniem odrzucenia i poniżenia, będzie inaczej podchodził do wystąpień publicznych na forum, niż osoba bez takich wspomnień. Wołanie Wygnańca “Jestem tu” można rozpoznać po intensywności uczuć, które pojawiają się w określonej sytuacji. Jeśli nagle nasze ciało drży, a my jesteśmy na granicy ataku paniki, a jednocześnie pojawia się nam myśl, że przecież nic takiego się nie dzieje, możliwe, że nasz Wygnaniec wyszedł właśnie z ukrycia.
I tu pojawia się przestrzeń dla części ochronnych. Strażnicy mają swoje dwie drużyny. Menedżerów i Strażaków.
Menedżerowie
Zadaniem Menedżerów jest prewencyjne niedopuszczenie, by Wygnańcy się pojawili. To Menedżer podpowie nam, by zrezygnować z publicznego wystąpienia lub, gdy jest ono nie do uniknięcia, będzie nam szeptał, że jest nie dość dobre. I choć działania te mogą wcale nie być dla nas wspierające, ostatecznie liczy się intencja Menedżera: “Nigdy więcej poniżenia, nigdy więcej wstydu”. Gdy tak na to spojrzymy okazuje się, że nasze pozornie absurdalne myśli i działania mają głęboko ukryty sens, okraszony wewnętrznym alertem zabezpieczania nas przed potencjalną katastrofą.
Menedżerowie zatem kontrolują, analizują, skanują rzeczywistość, krytykują, osądzają, troszczą się, planują, milczą, odcinają nas i pesymistycznie patrzą na świat. Noszą na swoich barkach ogromną odpowiedzialność, by utrzymać nas i życie w ryzach. Ich rzeczywistość jest trochę jak poruszanie się po polu minowym i w tym kontekście często nie chcą odpuścić – przecież jeśli przestaną działać wszystko wyleci w powietrze. To, co ważne to to, że Strażnicy pojawiają się w naszym życiu po tym, jak narodzą się Wygnańcy. Im większy ból Wygnańca, im mniej zaopiekowany, tym bardziej intensywne działanie Menedżerów i Strażaków.
Strażacy
Doskonale wiemy, jak wyglądają akcje Straży Pożarnej. Gdy się pali, najważniejsze jest, by ugasić pożar. Nie ma znaczenia, czy coś po drodze się zniszczy. Chodzi o to, by nie było ognia. Dla naszych wewnętrznych Strażaków tym ogniem są aktywni Wygnańcy. Ktoś nas nagle “wywołał do tablicy” na spotkaniu firmowym. Wszyscy na nas patrzą. Wokół cisza oczekiwania naszej odpowiedzi. Ciemne wspomnienie odrzucenia, poniżenia i wstydu pełznie do nas, choć na świadomym poziomie nie mamy do niego dostępu. Jest tylko sala, współpracownicy, może szef i cisza wokół, która trwa w nieskończoność i aż dzwoni w uszach. Strażacy wkraczają. Ich zadaniem jest zrobić cokolwiek, by wyrwać nas z tego stanu. “Wszystko inne zawiodło” wołają i działają bez kompromisów. W tym konkretnym momencie mogą nas tak odciąć, że stracimy przytomność, wybiegniemy z sali lub tak bardzo odetniemy się od siebie i z pomocą menedżerów udzielimy odpowiedzi, że staniemy się jak robot. Po wszystkim może przyjść chęć na odreagowanie – używki, objadanie się, cięcie się, kompulsywne uprawianie sportu aż do wycieńczenia organizmu i różnego rodzaju “- holizmy” – zakupoholizm, seksoholizm, alkoholizm, itp. Wszystko, by nie czuć tych strasznych rzeczy, które Wygnaniec tak dobrze zna. W działaniach Strażaków nie ma racjonalności. Gdy przejmują kontrolę nic do nas nie dociera. Nie ma racjonalnych argumentów, które przemówią nam do głowy. Wręcz mogą one zintensyfikować działania Strażaków, ponieważ to tak, jakby strażackiej ekipie powiedzieć – “nie ważne, że się pali, już nie musicie gasić”. Żaden Strażak nie przyjmie tego na poważnie, nawet jeśli posprzątanie popożarowego bałaganu zajmie mnóstwo czasu.
Jak zatem żyć? Jak sobie radzić? Jak sobie pomóc?
To ważne, by mieć świadomość, że to co się odbywa nie jest prawdą o nas, jako całości, tylko prawdą o naszych częściach. Czyli nie jestem osobą, która w sytuacjach stresu wyjada pół lodówki, a potem zwraca, tylko mam w sobie taką strażacką część. Nie jestem chodzącym lękiem i wstydem, tylko mam w sobie taką wygnaną część. Nie jestem krytykującą siebie i innych perfekcjonistką, tylko mam w sobie taką część. Nie jestem racjonalistą, osobą uduchowioną, tylko mam w sobie takie części. Gdy to sobie uświadomię, mogę sprawdzić, które działania moich części mi ostatecznie służą, a które nie. Celowo nie piszę, które częśći mi służą. Nie jest bowiem naszym celem pozbycie się którejkolwiek z nich, a jedynie sprawienie, by czując się widziana, przyjęta, bezpieczna i mając poczucie urealnienia rzeczywistości (nie jestem już w tej klasie, w tym domu, w tym strasznym miejscu) mogła się rozuźnić, przestać działać z taką intensywnością lub zamienić swój sposób działania. Odbywa się to poprzez “rozświetlanie” i “ocieplanie” naszego wnętrzna naszym “JA” – tak lubię to opisywać, a tak naprawdę przez zapraszanie jakości naszego “JA”, o których pisałam wyżej.
Czy długo to trwa?
Wszystko zależy od poziomu naszych zranień i intensywności działania naszych części. Ogromne znaczenie ma też dostęp do naszego “JA”. Są osoby, których części są tak bardzo “sklejone” z nimi, że mają poczucie jedności. Osoba w czasie terapii mówi wówczas “ale to ja taka jestem / taki jestem”, “tu nie ma żadnych części”. I ten stan w tu i teraz należy uznać. Cały proces terapeutyczny nie jest bowiem walką i nie może nią być. Nie będziemy negować, odrzucać, nie akceptować. Będziemy wpuszczać światło ciekowości, współczucia, spokoju, będziemy szukać połączenia ze swoim wnętrzem. “Powoli, powoli dojdziemy tam szybko” – jak mawia Richard Schwartz. Nie będziemy się jednak ścigać, odhaczać. Będziemy obecni, będziemy oddychać, będziemy rozmawiać z częściami i ich słuchać. Będziemy im dziękować i wspierać, by czuły się bezpieczne. Będziemy zapraszać je w inne miejsca niż te, w których doświadczyły cierpienia. Ostatecznie będziemy przy sobie, przy naszych częściach, przy życiu i powoli to nasze chciane życie będziemy tworzyć.
Świadomie.
Kocham model terapii IFS. Jest dla mnie cudownym wsparciem i czułym zaopiekowaniem tego, co w nas trudne, a jednocześnie dostrzeganiem tego, co służące i dające nadzieję. Nie jesteśmy monolitem przekonań, myśli, uczuć, doświadczeń i historii. Jesteśmy różnorodnością. W tym samym czasie, gdy już nie możemy dźwigać trudu, mamy też części, które wołają “jeszcze trochę”, “damy radę”. Gdy ośwetlimy cały nasz wewnętrznym system jakościami naszego “JA”, na naszej życiowej ulicy zaczyna świecić słońce. Początkowo powoli, nieśmiało, a potem, gdy już nasze części pozwolą, pełnym blaskiem spokoju, odwagi, kreatywności i zaufania.
Tego Wam życzę.
Małgosia
P.S. Jeśli potrzebujesz terapii IFS napisz do mnie na adres m.zoltaszek@pozytywnerelacje.com lub zadzwoń / napisz pod numer 607 660 949. Jestem i mogę Ci pomóc.