W 2011 roku siedziałam z mężem i przyjaciółmi na plaży w Jastrzębiej Górze i roztaczałam przed nimi wizję mojej działalności.
Chciałam znaleźć wydawcę dla napisanych przeze mnie książek dla dzieci i prowadzić warsztaty dla rodziców w oparciu o książki Elaine Mazlish i Adele Faber. Miałam mnóstwo zapału i wiary, że to się uda.
I rzeczywiście. Tak się stało, a nawet bardziej:)
Jastrzębiogórska plaża była też miejscem, w którym szukałam nazwy na to, czym chcę się zajmować. Wśród wielu propozycji ostatecznie zwyciężyły Pozytywne Relacje. Wówczas chciałam nieść w świat wieść, że relacje z dziećmi mogą być lekkie, łatwe i przyjemne. A nade wszystko, że mają w sobie ogromną wartość. Słowo “pozytywne” kojarzyło mi się wtedy z czymś wspierającym, służącym i podnoszącym na duchu.
Dziś, po 15 latach pracy warsztatowej i szkoleniowej z różnymi grupami – nie tylko rodzicami oraz mając doświadczenie pracy terapeutycznej myślę, że “pozytywne relacje” to relacje, w których świadomie chcemy być.
“Pozytywne relacje” nie są sztucznie napompowane uśmiechem. Nie mają w sobie skrzętnie skrywanych łez. Stronią też od wypowiadanego na ściśniętym gardle “wszystko w porządku”. Są autentyczne.
“Pozytywne relacje” to również takie, które mogą ewoluować. Mogą wzrastać, ale też się wysycać. Mogą dojrzewać do decyzji i zmieniać kierunki. Mogą być bliższe, a potem dalsze i odwrotnie.
Barometrem pozytywności nie jest instagramowy blichtr, obfotografowany moment na pokaz w codziennej relacyjnej ciężkości. Jest nim spokojny oddech, rozluźnione ciało, lekkie spojrzenie i dobre samopoczucie. Przekonanie, że jestem w dobrym miejscu i dobrym czasie.
I tu zaczyna się pozytywna relacja ze sobą. To od niej, czy nam się to podoba, czy nie – wszystko się zaczyna.
Pierwszym krokiem jest stanięcie ze sobą w prawdzie. W naszym “chcę” i “nie chcę”. Zaciekawiamy się sobą. Kiedy czujemy się dobrze, a kiedy źle i dlaczego znaleźliśmy się w tym miejscu?
Dużo się mówi ostatnimi czasy o samoświadomości. Niektórzy uważają, że to gadanie, z którego nic nie wynika. Na szczęście są i tacy, którzy widzą wartość w zatrzymaniu się i zastanowieniu nad sobą. Można bowiem przejść przez życie na autopilocie. Śniadanie, obiad, kolacja. Do pracy, z pracy. Praca, sen. Zawieźć dzieci, odebrać dzieci. Ugotować obiad, zrobić zakupy, posprzątać. Pokłócić się, bo ktoś nie posprzątał, choć obiecał pomóc w odhaczaniu naszej listy.
Działanie jest potrzebne. Bardzo. Bez działania nie za wiele się wydarzy. Jednak działanie na autopilocie jest trochę jak kręcenie się w kółko. Całe życie to samo. “Muszę”, “trzeba”, ‘powinienem / powinnam”. Robienie w trybie zewnątrz sterowności. Bez identyfikacji z tym, co robię. Lista zadań, która się nie kończy. Lista zadań, która sprawia wrażenie, jakbyśmy nie mieli wyjścia, tylko musieli się jej podporządkować.
Przejście w tryb “chcę”, “wybieram”, “decyduję”, “mam wpływ” jest innym miejscem. Może wydawać się atrakcyjnym i niedościgłym marzeniem, by robić w końcu to, na co się ma ochotę. A jednocześnie jest miejscem odpowiedzialności, której nie można rozmyć i przenieść na kogoś innego. Mój wybór jest moim wyborem i ma swoje konsekwencje. Zarówno te dobre, jak i te trudne.
Jedni z nas wybiorą podążanie za znanym schematem. Inni wyłamią się z niego i pójdą swoją własną ścieżką. Od czego to zależy?
W dużej mierze od tego, jak bardzo dorośli się czujemy, a jak bardzo wpływa na nas nasza dziecięca perspektywa. Nie oznacza to, że tylko ta dorosła jest tą właściwą. Bardziej chodzi o to, czy nasze wewnętrzne dziecko jest dzieckiem mocy, odwagi, akceptacji i kreacji, czy lęku, posłuszeństwa i niewychylania się. Temu pierwszemu dorosły doda wiatru w żagle. Temu drugiemu najpierw musi zbudować poczucie bezpieczeństwa i nadać ważność.
Dlatego to naprawdę istotne, by choć od czasu do czasu zajrzeć w siebie. Zatrzymać się w działaniu. Pomyśleć. Zobaczyć schemat, który odtwarzam. Zadać sobie pytanie, czy nadal tak chcę. Sprawdzić kogo chcę zadowolić i dlaczego. Gdzie są moje “trzeba” i “muszę” i dlaczego stawiam je ponad “wybieram” i “chcę”. Gdzie biorę odpowiedzialność, a gdzie od niej uciekam? Może wspieram innych i oczekuję, by inni zaopiekowali się moim dobrym samopoczuciem? O czym i o kim jest ta historia?
Pozytywna relacja ze sobą ma ogromne znaczenie. Zabieramy bowiem siebie w inne relacje. Bez świadomości co się ze mną dzieje wpadam w wir odtwarzania tego, co znam. Bardzo często relacji z rodzicami. Jeśli znam bezpieczeństwo, bezwarunkową miłość i akceptację oraz wspieranie mojego poczucia własnej wartości, dzięki towarzyszeniu mi w eksplorowaniu życia i świata – cudownie. Bywa jednak inaczej. Przenoszę na grunt związkowy, rodzinny, zawodowy dziecięcego ratownika, “utrzymywacza” relacji za wszelką cenę, “dbacza” o dobrostan otoczenia, śmieszka, “spełniacza” oczekiwań, “spajacza” rodziny, prawego, grzecznego i dobrego, miłego i opiekuńczego. Bycie dorosłym z takim balastem męczy, ale gdy kieruje nami wewnętrzne dziecko przyuczone do roli, nie potrafimy powiedzieć “stop”. Czekamy za to, aż ktoś z zewnątrz powie nam, że wystarczy, a najlepiej, jeśli zastąpi nas w tej funkcji. Wówczas możemy odpocząć. W końcu.
Co się dzieje, gdy partner, partnerka, dzieci, szef, szefowa, współpracownicy tego nie robią? Wchodzimy w rolę cierpiącego “zbawcy narodów”, bez którego świat się skończy. Jak się czujemy w tej roli? Gdy udaje nam się zbawiać – wspaniale. W końcu na tym mamy zbudowaną wartość. Gdy jednak nie, wpadamy w coraz większą złość, frustrację, niezgodę i pretensje do otoczenia, które nie rozumie, nie współpracuje i nie wspiera. Łatwo obudzić się doświadczając nieszczęścia i poczucia bycia ofiarą swojego życia i świata. Przecież tak bardzo się staramy.
To trudny moment. W roli ofiary naprawdę nie mam poczucia, że cokolwiek ode mnie zależy. Mój smutek, złość, bezradność, bezsilność, przytłoczenie i zmęczenie są prawdziwe. Tu nikt nie udaje. A jednocześnie bardzo prawdopodobne jest, że tych uczuć doświadcza małe, wewnętrzne dziecko, które już nie daje rady i bardzo potrzebuje pomocy. Dlatego warto się od czasu do czasu zatrzymać. I usłyszeć własny dziecięcy głos. Otoczenie bowiem, nie uzdrowi dziecięcego zranienia, choćby nie wiem jak się starało.
Możesz to zrobić tylko TY.
Pochylić się nad sobą, uznać siebie i swoją prawdę, zacząć ze sobą i o sobie rozmawiać, przestać na chwilę robić. I w końcu wyjść sobie na przeciw.
Pozytywna relacja ze sobą to taka, w której chce Ci się chcieć. To też taka, w której pozwalasz sobie i chcieć i nie chcieć. Wreszcie taka, w której każdego dnia robisz mały krok w kierunku tego, co Cię uszczęśliwia. A następnie zabierasz siebie i swoje szczęście do innych relacji i zapraszasz ich do tego, by się tym szczęściem dzielić i je pomnażać. Bo szczęściem jest bycie blisko siebie, zgoda na siebie i życie w zachwycie nad tym, kim jestem, kim jesteśmy i kim się staję i kim się stajemy. Nasze wewnętrzne dzieci skaczą wtedy z radości i malują nam życie wszystkimi kolorami miłości.
Zapewne domyślasz się, że życzę Ci samych pozytywnych relacji:)
Małgosia